Było upalne lato roku… być może 1967. Akacja, rosnąca nieco
na uboczu małego podwórka, otoczonego starą kamienicą, wypełniała słodką wonią
całą przestrzeń. Podwórko, jak zwykle, tętniło życiem gromadki dzieciaków. Starsi
sąsiedzi wygrzewali się w słońcu, przyłapanym na balkonach, a od czasu do czasu
spoglądali na bawiącą się dziatwę. Ich rodzice byli w pracy, a oni, z kluczami
uwiązanymi na szyi, wakacyjny czas spędzali pośród murów. Zresztą miejsce to było
bezpieczne, bowiem brama do kamienicy zamykana była zawsze na klucz. Wyprawy za miasto odbywały
się dopiero po powrocie rodziców z pracy, albo w słoneczne niedzielne
przedpołudnia.